Pierwsze miejsce w konkursie
"Jak powiedziałam ukochanemu że zostanie tatą"
Na wstępie powiem Wam, kochane Panie, że ten konkurs to nic innego jak nie tolerancja względem nas, mężczyzn, obecnych ojców. Jesteśmy tylko wpisem, na elektronicznej kartce!
A przecież tak naprawdę to my doskonale pamiętamy słowa „będziesz ojcem”, „tatą”, a nie tam mama, która papla nie raz, nie dwa, a często i co popadnie.
Zawsze kochałem dzieci, ale jak to mówi większość mężczyzn – cudze dzieci...
Nie wiem czy to strach przed odpowiedzialnością czy zbyt pochopne podejrzenie o zaciśnięciu obroży na szyi. Niestety już tak mamy, my mężczyźni, że wariujemy na samą myśl, która mogłaby się wiązać z jakąkolwiek formą stabilizacji. Wszystko co nie odwracalne – nie powinno nigdy nastąpić – tak kiedyś myślałem. A przecież dziecko to największy cud nieodwracalny. (istotę słowa „cud” zrozumiałem dopiero po fakcie).
Razem z moją ukochaną, którą najlepiej nazwać Pani „Świat do góry nogami” jesteśmy młodym związkiem, z długoletnim stażem przyjaźni. Jesteśmy jak Flip i Flap (zwłaszcza w okresie ciąży), a coraz częściej jak Bonnie i Clyde – taka jest nieznośna!
Zawsze ją kochałem i będę kochać – pięknie rozkapryszoną, dziamdziającą nad doskonała sylwetką, godzinami szukającą rozstępów na najpiękniejszym brzuszku i pupie!
Nie planowaliśmy dziecka, z racji młodego wieku i stażu. Chociaż domyślam się, że wy baby marzycie o tym często! My pragnienie ojcostwa zamieniamy raczej na ochotę wypadu z kumplami na piwko do baru! Ale nie ważne....
To był zwykły dzień, taki jak każdy inny przed narodzinami naszego dziecka (teraz są już tylko niezwykłe) Nie pamiętam pogody, ani ubrania jakie miała na sobie (tak wiem, wy byście pamiętały doskonale). Pamiętam jednak doskonale, że było pyszne śniadanie...tosty i ananasy, które uwielbiamy. Tak, śniadanie do łóżka z najsłodszym deserem życia.
Już wtedy nie pasowała mi ta nadzwyczajna milusińska z bananem wokół twarzy.
- Czy coś się stało – zapytałem podejrzliwie?
- Nie – niepewnie odpowiedziała...
Jej dobry nastrój męczył mnie przez cały dzień....zakupy, odpoczynek, zakupy, i te wypady do sklepów z zabawkami, mebelkami, ciuszkami...Powinienem już wtedy zrozumieć, zapytać. Jednak kiedy twoja kobieta jest artystką chłonącą wszystko – nic się nie dzieje zaplanowane...dlatego i to potraktowałem jako zwykłą nastrojową spontaniczność. No, może przez chwilę się zastanawiałem, czy córeczka jej siostry ma urodziny, ale to wszystko....
Zakupy dobiegły końca. Uradowany bez konieczności udawania zmęczenia wróciłem szybko do domu...a tam kolejna monotonność wieczornej soboty...czyli telewizor kolacja, zabawa z psem...i nocne wygibasy.
Kiedy podczas namiętnych chwil gry wstępnej doprowadzając mnie do szału samym widokiem jej piękna, czekając z niecierpliwością aż w nią wejdę powiedziała:
- nie musisz już używać prezerwatywy – cichutko powiedziała
- dlaczego? Zaczęłaś brać pigułki? – bezmyślnie zapytałem
- tak, są na półce w reklamówce, wystarczy że wezmę je podczas stosunku, podaj proszę – odpowiedziała lekko ironicznie, co jej się często zdarza.
Nawet nie wiecie jaki byłem szczęśliwy z faktu niepotrzebnego mocowania gumy, która jakby nie patrzeć psuje nastrój łóżkowych podbojów na chwil kilka. I jak głupi zerwałem się z łóżka sięgając po reklamówkę, w której o dziwo zamiast pigułek, były dwie skarpetaszki.
- Gdzie ja mam to założył? – pomyśłałem
I to ostania moja refleksja nad istotą gumek, pigułek i pościelowych rozgrywek.
- O Boże! – krzyknąłem. Będę ojcem?!
Nic nie odpowiedziała, widziałam odpowiedź w jej przerażonych, a jednak szczęśliwych oczach.
I wiecie co moje drogie Panie? Nigdy wcześniej nie płakałem ze szczęścia!
I mimo iż wciąż nie rozczulam się nad telenowelami – romantyzmami i innymi ckliwościami życia...to jednak płakałem!
I od tamtej pory mam ochotę płakać ze szczęścia codziennie, patrząc na Panią groszek i Panienkę fasolkę.